Katarzyna Komar
05-01-2019

Jak złapać konia na pastwisku?

Odpowiedź na to pytanie brzmi: najlepiej wcale nie łapać. Najlepiej by było, gdyby to koń łapał nas. To jest oczywiście sytuacja idealna, do której należy dążyć. Ale nie oszukujmy się, Czytelniku – jeśli tu jesteś, to twoja sytuacja niewątpliwie od idealnej jest bardzo daleka ;)
To konie mnie łapią, nie na odwrót

Ile koni, tyle przypadków

Ja z żadnym z trójki swoich koni tego problemu nie mam, ale nie zawsze tak było, oj, nie zawsze. Każdy z nich, kiedy trafił do naszej stajni, z początku unikał złapania. Sytuacji nie ułatwiał fakt, że konie na pastwisko puszczamy zawsze bez kantarów (dlaczego – o tym w innym tekście). Najdłużej unikała złapania najstarsza z klaczy – za nią za pierwszym razem chodziłam po pastwisku blisko 3 godziny (to musisz, Czytelniku, uwzględnić, jeśli zamierzasz na serio wypracować odpowiednie nawyki u swego konia – kłania się tu słynna maksyma Parellego: Take the time it takes, so it takes less time - poświęć tyle czasu, ile potrzeba, a zajmie ci to mniej czasu). Karina unikała kontaktu w bardzo wyrafinowany, zdradzający spore doświadczenie sposób, nie poświęcając na to zbyt wiele energii. Młodsza, Pearle Girl, uciekała w autentycznej panice aż do sporego zmęczenia – po złapaniu musiałam ją dłuższy czas oprowadzać, żeby wyschła. W jej przypadku problemy ze złapaniem były efektem dość brutalnego zakładania kantara w stajni jej pochodzenia. W ciągu dwóch tygodni szkolenia osiągnęłam jednak taki rezultat, że widząc kantar przychodziła do mnie i sama wkładała do niego głowę. Do tej pory, a jest u nas już czwarty rok, problem z łapaniem nie powrócił. Zawsze przychodzi sama. Najmłodszy, wałaszek Samir, unikał złapania, ponieważ nie był przyzwyczajony do swobody i chyba się obawiał, że to niespodziewane szczęście biegania luzem po pastwisku nagle się skończy. W poprzedniej stajni czas bowiem spędzał niestety głównie w boksie, czego rezultatem było słabe umięśnienie i dość znaczne zawężenie kopyt. Stajnia na przeszło 30 koni, z której pochodził, dysponowała ledwie dwoma hektarami terenu, zatem nie było mowy, by konie mogły korzystać do woli z pastwisk, a nawet z padoków.
Koń całym sobą mówi, że jest teraz ze mną

Zanim zaczniesz

No cóż, do każdego konia należy podejść indywidualnie. Pewne natomiast jest kilka rzeczy:

  • emocje trzeba pozostawić za ogrodzeniem padoku,
  • trzeba mieć sporo czasu (co najmniej kilka godzin, jeśli koń jest specjalistą w dziedzinie uciekania przed człowiekiem – ale można ten czas trochę skrócić; o tym za chwilę),
  • i nieograniczone pokłady cierpliwości.

Wówczas nauka właściwych nawyków idzie piorunem. Jeśli nie jesteśmy w stanie spełnić tych trzech podstawowych warunków, będzie nam dużo trudniej. Na pewno nie należy zabierać się za to szkolenie, kiedy zaraz musimy wyjść z koniem na zaplanowany trening, bo wówczas negatywne emocje pewnie wezmą górę i koń utwierdzi się w swoim przekonaniu, że nie warto dawać się złapać.

Koń jest twoim odbiciem

Jak zwykle, jeśli chodzi o pracę z końmi, to nie koń ma się zmienić, a człowiek. Koń jest bowiem naszym odbiciem i jeśli my coś zmienimy w swoim postępowaniu, natychmiast zmienia się koń. Pierwszym i zasadniczym błędem, jaki popełniamy, obcując z końmi, jest brak świadomości tego, co robi nasze ciało i jak ta mowa jest przez konia odbierana. Ja np. nigdy nie podchodzę do koni, z którymi pracuję, na wprost – zawsze nieco z boku, kierując się nie w stronę końskiej głowy, a łopatki. Nie idę po linii prostej, a lekko po łuku. Przy tym nie patrzę na konia, a zazwyczaj na trawę tuż obok niego (kątem oka kontroluję go jednak, zwłaszcza, jeśli to obcy koń). Jeśli masz, Czytelniku, okazję, poświęć trochę czasu na obserwowanie stada koni – zwróć uwagę, że na wprost do innego zwierzęcia podchodzi tylko koń, który nie ma pokojowych zamiarów. W każdym innym przypadku konie zbliżają się do siebie, poruszając się po łukowato wygiętych liniach. Mają swobodnie kołyszące się, lekko opuszczone łby i ogony, linia grzbietu jest wydłużona, uszy nastawione do przodu lub opadające na boki. Cała ich sylwetka jest zrelaksowana. Spróbuj to naśladować. Jeśli podejdziesz do konia wyprostowany i spięty jak pruski oficer, rumak na pewno przed tobą ucieknie – przecież całym sobą mówisz mu wówczas: „Ej, ty! Zejdź mi z drogi!”. Nie wyciągaj też ręki w stronę jego głowy i nie patrz mu w oczy – ja tylko kątem oka spoglądam na konia, do którego podchodzę i zwykle najpierw dotykam nasady szyi, drapię po kłębie, zanim w ogóle pomyślę o zakładaniu kantara. Nigdy też nie chowam kantara za plecami, przeciwnie – zazwyczaj z daleka go pokazuję, żeby koń nie miał wątpliwości. Nie zdarza się jednak, żeby wybrany zwierzak zrobił wówczas w tył zwrot.
Są to niewątpliwie dość subtelne rzeczy i człowiek ma niestety tendencję do lekceważenia ich, ale w końskim świecie są to kwestie ogromnie istotne. Pamiętajmy o tym, to nam wiele ułatwi.

Metoda

No dobrze, to wszystko teoria, a co z praktyką? Nie jest to nic trudnego, ale wymaga, jak zresztą każda praca z końmi, żelaznej konsekwencji. Pracujemy oczywiście metodą małych kroczków. Na początek, jeśli koń ma silnie utrwalone złe nawyki, dobrze jest pracować na ograniczonej przestrzeni – okólnik, kwaterka na padoku, a nawet boks. To przyspieszy nam robienie postępów i koń szybciej zrozumie, o co nam chodzi.
Początkowo dążymy tylko do tego, żeby koń przestał przed nami uciekać – nagradzamy go za to, że się zatrzymał. Jak to zrobić? Najlepiej działa zdjęcie presji – to natychmiast uczy konia właściwiej reakcji (koń uczy się w momencie zdjęcia presji, a nie jej przyłożenia – to ważne, wiele osób to myli). Co to właściwie znaczy? Ni mniej, ni więcej, tylko zaprzestanie działań i wycofanie się – odwracamy wzrok, opuszczamy głowę, pochylamy ramiona i możemy zrobić kilka kroków do tyłu.
Należy pamiętać o tym, żeby zdjąć presję natychmiast, jak tylko końskie nogi przestaną się poruszać. A jeszcze lepiej – ale to już wymaga sporego wyczucia – kiedy koń tylko pomyśli o zatrzymaniu.
Bierna mowa ciała - koń nie będzie uciekał
Widać pewne, choć niewielkie napięcie

Koń „leniwy”

Jeśli mamy do czynienia z koniem tzw. „leniwym” (np. LPI wg klasyfikacji Parellego), dobrze jest go zmusić do poruszania się, najlepiej intensywnie (poganiać go kilka kółek w roundpenie galopem, pozmieniać intensywnie kierunki – ale krótko!). Pamiętajmy, że to nie jest lonżowanie, nie chodzi nam o to, żeby koń się zgrzał, a tylko żeby trochę szybciej oddychał. W razie potrzeby procedurę należy powtórzyć. Uwaga: nie działa w przypadku konia „leniwego”, ale niewybieganego – trzeba go trochę zmęczyć. Podczas gdy koń biega, postarajmy się wychwycić moment, kiedy na nas spojrzy. W przypadku koni o utrwalonych nawykach może to trwać dość długo, ale możemy sobie trochę pomóc przy zmianach kierunku – kiedy koń zwraca się w naszą stronę, odsuwamy się szybko w tył, nie patrząc na niego, lub nawet odwracamy się i odchodzimy. Tak samo postępujemy chodząc za koniem po pastwisku – wypatrujemy momentu, kiedy na nas spojrzy. Wówczas natychmiast zdejmujemy presję (najlepiej jest odwrócić się i odejść kilka kroków). Jeśli koń stoi i patrzy na nas zaskoczony, możemy spróbować podejść, zachowując się według opisanych wyżej zasad końskiego savoir-vivre. Ale uwaga! Musimy zatrzymać się, a nawet wycofać, zanim koń zdradzi chęć oddalenia się. Wypatrujmy oznak, które o tym świadczą – np. przeniesienie ciężaru ciała na kończyny znajdujące się dalej od nas, odwrócenie wzroku, uszu, napięcie ciała itp. No i znów – powtarzamy do skutku. Nie wolno nam się irytować, kiedy koń jednak się oddali. Cierpliwie podążajmy za nim, nie dając mu się w spokoju popaść. Możemy go popędzać machaniem lonżą, batem, carrot stickiem. Ważne, żeby nie pozwalać mu się zrelaksować. Tę metodę zastosowałam wiele lat temu wobec Kariny, i trwało to przeszło 2 godziny i 40 minut, zanim mogłam podejść i założyć jej kantar. To była pierwsza sesja szkoleniowa. Rezultat osiągnęłabym wcześniej, gdybym pracowała na terenie mniejszym niż 80 arów i z samą tylko Kariną, a nie koniem ukrywającym się wśród stada dziesięciu innych. Na pocieszenie powiem tylko, że następne łapanie trwało ledwie dwadzieścia minut, a przy kolejnych podejściach dała już za wygraną. Ponieważ jest koniem o utrwalonych w ciągu wielu lat niewłaściwych nawykach, okazjonalnie lubi się podroczyć i udaje, że nie wie, że to po nią przyszłam na padok. Robi kilka kroków, mając nadzieję, że się odczepię, ale zaraz staje (wystarczy słowne upomnienie) i pozwala się ubrać w kantar. W ciągu ostatnich trzech lat miałam z nią taką sytuację może z pięć razy. Podejrzewam jednak, że u niej wynika to nie z chęci ucieczki, a po prostu chodzi jej o wyrażenie swojej opinii, jest bowiem koniem o silnej osobowości, mocno konserwatywnym. No i często pracuje z obcymi jeźdźcami, za czym nie przepada.

Koń pobudliwy

Jeśli chodzi o konie pobudliwe, wrażliwe, „elektryczne”, musimy znacznie ostrożniej dawkować presję. Takim koniem jest nasza Perełka – żeby sprowokować ją do ucieczki, wystarczyło na nią popatrzeć z odległości dwudziestu kroków. Pracując nad tym, żeby przestała ode mnie uciekać, kierowałam wzrok daleko przed nią, robiłam jej bardzo dużo miejsca, żeby mogła zmienić kierunek, i czekałam, kiedy się uspokoi. Trwało to za każdym razem po kilkadziesiąt minut. Potem było zakładanie kantara, intensywne chwalenie, głaskanie (ona akurat lubi kontakt z człowiekiem; konia, który nie przepada za głaskaniem, należy zostawić w spokoju – można się nawet nie odzywać, dla niego sama tylko nasza obecność przy nim to będzie wystarczająca nagroda), oprowadzanie i czyszczenie, potem w nagrodę pasienie na najlepszej trawie w okolicy i powrót na padok. Kantar oczywiście zdejmowałam.

Mamy to!

No dobrze, koń już nie ucieka, zatrzymał się. Co robimy dalej? Na pewno nie zakładamy kantara i nie bierzemy go na jazdę. Można pochwalić, pogłaskać/podrapać w ulubionych miejscach (jeśli koń to lubi), dać smakołyk i natychmiast odwrócić się i odejść. Na ten raz to tyle.
Uproszczony schemat postępowania
Jeżeli osiągniemy w końcu etap, kiedy koń na nasz widok na pastwisku nie zwiewa w podskokach, a stoi i czeka na nas, lub, jeszcze lepiej, podchodzi do nas sam, wprowadzamy kantar. Nie, nie zakładamy go od razu na głowę konia. Trzymamy go w ręce i głaszczemy nim konia po łopatce. Potem po szyi. I po ganaszach. Przysuwamy się coraz bliżej głowy oczywiście tylko w przypadku, jeśli koń nie zdradza chęci odejścia. Przerywamy głaskanie i cofamy się do poprzedniego punktu, jak tylko koń zaczyna się usztywniać. Czasem nawet trzeba się odsunąć albo odejść parę kroków. Jeśli jednak wszystko poszło dobrze, sesję głaskania powtarzamy po drugiej stronie konia. Całą procedurę musimy powtórzyć co najmniej kilka razy, aż koń przestanie zwracać uwagę na to, co robimy. Kiedy mamy to już przepracowane, zakładamy kantar i, uwaga, natychmiast go zdejmujemy. Chwalimy konia, zabieramy na trawę, spacer w ręku, sesję drapania – cokolwiek, co lubi – a potem natychmiast wracamy na padok i zdejmujemy kantar. Kilka takich powtórzeń i koń zmieni o nas zdanie. Możemy wracać do treningu.

Pochwała nieróbstwa

Dla utrwalenia pozytywnego rezultatu jednak, koniecznie musimy od czasu do czasu wprowadzić dzień relaksu, kiedy nasze przyjście na padok oznacza dla konia tylko i wyłącznie przyjemne rzeczy1. Ponadto dobrze jest, zwłaszcza jeśli pracujemy z wierzchowcem „leniwym”, wprowadzić dzień wspólnego nicnierobienia z koniem. Na ogół jest to dla nas trudne, ponieważ przyzwyczajeni jesteśmy, jak to ludzie, że koniecznie musimy coś robić – i zazwyczaj, co gorsza, jest to robienie czegoś koniowi, a nie z koniem. Spróbujmy więc powściągnąć swoją naturę human doings, a bądźmy bardziej human beings. Wówczas – gwarantuję! - nie będziemy mieć problemu z rumakiem, który nie daje się złapać.

1 Nawet konie, które bardzo lubią swoją pracę, lub dla których praca oznacza wyjście w teren, bardzo docenią dzień nicnierobienia.
© Stajnia Girawolta Blog
Nasale Nowy Gródek 3
46-220 Byczyna
tel.: +48 731 085 161
e-mail: stajnia.girawolta@gmail.com