Katarzyna Komar
02-01-2020

Szukanie pomocy czy atencji?1

Life lesson: If you want help from anybody, and they're willing to help, you need to make it easy.2
Rick Gore

Do napisania tej notki zainspirował mnie, jak to często bywa, fantastyczny, choć już nienowy filmik Ricka Gore oraz nasze osobiste niedawne przeżycia. O nas za chwilę, tymczasem krótko streszczę – dla nieznających języka angielskiego – historię opowiedzianą w filmiku.

To nagła sytuacja, pilnie potrzebuję pomocy!

Do Ricka, jako fachowca od koni, zwrócił się mailowo w imieniu poszukującej pomocy znajomej niejaki Peter. Problem znajomej polegał na tym, że posiada ona źrebaka, biegającego luzem po (niemałej zapewne) posesji. Źrebak nosi kantar, który już zaczął wrastać mu w pysk, a ona nie potrafi go schwytać, żeby kantar zdjąć. Taki stan rzeczy ciągnie się od dwóch czy trzech tygodni. Kobieta prosi więc o pomoc w złapaniu zwierzęcia. Peter spytał Ricka, czy nie zna jakiegoś koniarza w tamtych okolicach, który mógłby jej pomóc. Gotowa jest zapłacić. Ponieważ Rick mieszka o dwie godziny drogi od tego miejsca, zaproponował, że przyjedzie sam, pieniądze nie grają roli, po prostu chce pomóc biednemu źrebakowi, o ile nie ma do czynienia z niepoważną3 właścicielką. Poprosił tylko o dodatkowe informacje – jak duży jest teren, na którym znajduje się źrebak (bo jeśli jest to przykładowo 200 ha czy więcej, może będzie musiał sprowadzić swoje konie i przy pomocy lassa złapać źrebaka – robił to już nieraz), a także o zdjęcia zwierzaka i posesji, żeby przekonać się, jak sytuacja wygląda, by wiedzieć, jaki sprzęt musi ze sobą zabrać. Peter zachwycony, napisał do znajomej, przekazując wskazówki Ricka i kontakt do niego. Rick czeka na odpowiedź – która nie nadchodzi. W końcu Rick pisze do Petera, by dowiedzieć się, o co tu do czorta chodzi, przecież już wcześniej sytuacja źrebaka była nieciekawa, więc teraz musi być jeszcze gorzej, a tu zero kontaktu ze strony kobiety przez tyle czasu. W odpowiedzi otrzymał kontakt do właścicielki źrebaka, napisał więc do niej sam, raz jeszcze prosząc o zdjęcia i informacje. Jak było do przewidzenia – odpowiedzi brak, czyli, jak to mówią u nas: ani dziękuję, ani „pocałuj mnie gdzieś”.

Zabawa w głuchy telefon

Mija kolejny tydzień, może więcej. Rick pisze do Petera, już mocno wkurzony. Peter pisze do znajomej. Ona odpisuje mu, twierdząc, że przecież zdjęcia wysłała. Peter odpisuje do Ricka, przekazując (forwardując) maila znajomej i radząc, by sprawdził spam. Rick zatem przegląda wszystkie swoje konta pocztowe, a ma ich aż osiem, oczywiście nie znajdując żadnego maila od właścicielki źrebaka. Pisze więc kolejny raz do Petera, naprawdę już wściekły – źrebak cierpi, Rick traci mnóstwo czasu na bezsensowną korespondencję; chciał poświęcić własny czas, paliwo itd. (za zwykłe „dziękuję”) na pomoc kobiecie, której nie chce się wysłać paru głupich zdjęć. Pisze, że żadnego maila od kobiety nie dostał (a czas leci…). Peter odpisuje, że znajoma twierdzi, iż wysłała, ale że właśnie nie ma jej w domu, więc nie może się z Rickiem skontaktować ani wysłać zdjęć (ludzie, serio?! W dobie smartfonów???), ale kiedy wróci, wyśle je ponownie4. Rick pisze do Petera, żeby w takim razie on podesłał jakieś fotki terenu, źrebaka itd. Było to dwa dni przed nagraniem filmiku. W dzień nagrania Rick ponownie przejrzał pocztę, ale nic w niej nie było, ani od Petera, ani od właścicielki źrebaka. No cóż, każdy ma jakiś limit cierpliwości i Rick dał w tym momencie spokój próbom rozwiązania problemu.
Dobra. Tyle ze świata koniarzy zza Atlantyku, a teraz coś z naszego podwórka.

Jak się ma miękkie serce...

Przeszło trzy lata temu zadzwonił do mnie pewien człowiek. Numer telefonu otrzymał od naszego wspólnego znajomego. Powiedział, że słyszał od owego znajomego, że mamy konie, znamy się na nich, a on potrzebuje pomocy, ponieważ chce kupić konia dla siebie. No czemu mamy nie pomóc, mamy już zadowolonych klientów na koncie, umówiliśmy się więc niebawem na spotkanie, żeby dokładniej omówić sprawę. Dowiedzieliśmy się, że ten człowiek, nazwijmy go X, jeździ na prywatnym koniu znajomych, którzy nie zawsze chcą mu wierzchowca udostępniać (no dziwne bardzo, może też chcą czasem skorzystać?); jeździ raczej słabo, nie korzysta z usług szkółek jazdy, bo jego zdaniem nie uczą niczego - w ciągu pięciu jazd5 nie zrobił postępów, więc dał sobie spokój z nauką u profesjonalistów. O koniach wie w ogóle niewiele, ale ponieważ zdradzał chęć nauczenia się czegoś, postanowiliśmy mu pomóc.
Zaczęłam od udostępniania książek fachowych z mojej prywatnej, dość sporej zresztą, biblioteczki (behawior, żywienie, sprzęt, podstawy jazdy). Ponadto w odpowiedzi na konkretne pytania, jakie zadawał X, pisałam sążniste maile6. Potem zaproponowaliśmy, że skoro nie chce korzystać ze szkółek, może przyjść popracować z naszymi końmi (nieodpłatnie, po znajomości). Albo jeśli nie, to mogę mu poprowadzić kilka jazd na koniu znajomych (również nieodpłatnie). X do propozycji odniósł się bez entuzjazmu; zbył mnie jakimiś wykrętami. Dobrze, przecież nie będę się narzucać.
X poprosił nas po jakimś czasie o pomoc w zakupie konia. Koń miał spełniać następujące warunki:
- miała to być klacz (bo on chce być też hodowcą; no OK, nie święci garnki lepią, po jakimś czasie, jak nabierze doświadczenia, pewnie da sobie radę),
- koniecznie ciemnej maści (kara, skarogniada, gniada),
- pod wpływem długotrwałych perswazji X dał się przekonać, że koń powinien raczej dużych rozmiarów (700 kg minimum), bo X jest słusznej postury, więc folbluty, araby i hucuły nie wchodzą w grę7
- poniżej 160 cm w kłębie, bo X nie wdrapałby się na nic większego,
- ujeżdżona w stopniu podstawowym, ale wychodząca w teren,
- znajdująca się w odległości maksymalnie kilkudziesięciu kilometrów od miejsca zamieszkania X (a najlepiej do 20 km, bo on nie będzie przecież przez pół Polski jechał bez sensu8).
No cóż, dość ostre kryteria. Ale podjęliśmy wyzwanie.
Kara, poniżej 160 cm w kłębie, wyjątkowo spokojna - może się nada?

Miłe złego początki

W pierwszej kolejności uruchomiliśmy nasze kontakty w środowisku hodowców, trenerów, handlarzy. Wyszukiwaliśmy przeróżne krzyżówki ślązaków, oldenburgów, wielkopolaków, koni pogrubianych, PKZ-ów, belgów, sokólaków i innych. Zdaniem X żaden się nie nadawał, nie rozumieliśmy czemu, bo tego już nam nie powiedział. Od znajomego, który X-a do nas skierował, dowiedzieliśmy się, że wyszukane przez nas wierzchowce są... za drogie. No OK, to jaki zakres cenowy mamy uwzględnić? Ano maksymalnie do 5 tysięcy złotych9, bo przecież trzeba kupić jeszcze sprzęt (z tym też było niezłe kino...). Witki nam nieco opadły; nasz znajomy trener poradził X-owi, że skoro go nie stać na żywego konia, to niech kupi sobie szachy – tam też są konie, dużo tańsze. Ale jeszcze się nie poddawaliśmy; wyszukaliśmy konie w internecie – tzw. okazje – takie, które ktoś musiał pilnie sprzedać, bo zachorował, wyjeżdża itd. X przeważnie nawet nie odpowiadał na maile – kiedy podczas przeglądania ogłoszeń sprzedaży koni, co robię mniej więcej raz w tygodniu, coś mi wpadło w oko, wysyłałam X-owi za każdym razem po kilka linków do ogłoszeń, z krótkim komentarzem, dlaczego uważam, że ten konkretny koń by mu się nadał. Oferowaliśmy także pewną pomoc w rozwiązaniu drobnych problemów z ewentualnie nabytym koniem (źle wystrugane kopyta, koń wychudzony/otłuszczony, czy z pewnymi problemami behawioralnymi) – nadal nieodpłatnie, jedynie za możliwość udokumentowania (filmy, zdjęcia) naszej pracy z danym wierzchowcem. Zero odpowiedzi. ZERO! Ani „dziękuję”, ani żadnej informacji zwrotnej w stylu: „słuchaj, ten mi nie pasuje ze względu na to, to i tamto, poszukaj czegoś bardziej w tym kierunku”. Co jakiś czas traciłam cierpliwość, przestawałam wysyłać linki, ale za każdym razem, kiedy X podsyłał mi do oceny znalezione przez siebie konie, odpisywałam. Opiniowałam krótko to, co było widać na zdjęciach, czasem zalecałam, żeby X zadzwonił do wystawiającego i dopytał o parę rzeczy (wymieniałam konkretnie, o co powinien pytać) lub poprosił o dodatkowe zdjęcia. Potem znów zapadała cisza i mimo, że dopytywałam, co się dzieje w tej sprawie, nie otrzymywałam odpowiedzi. Miesiąc lub kilka miesięcy później X odzywał się znowu, przepraszał, że nie miał czasu odpisać (serio? Przez 3 miesiące niepracujący zawodowo człowiek nie znalazł pięciu minut, żeby się odezwać?), tłumacząc się w dziwny sposób. Dobra, nie spieszy mu się, korzysta z konia znajomych, więc nie ma pośpiechu. Szuka konia życia. No, niech będzie. Szkoda tylko, że szukał przeważnie wśród beznadziejnych przypadków (bo tanie), zepsutych dwulatków itp. Mam wrażenie, że chociaż z całą stanowczością zastrzegłam, że nie podejmę się ujeżdżania takiego konia od A do Z (zwyczajnie nie mam czasu, żeby dojeżdżać do stajni X niemal codziennie, a on nie zgadzał się, żeby wstawić takiego konia do nas na pensjonat), X chyba mimo wszystko na to liczył, że jeśli już kupi taki egzemplarz, to się zlituję i tego konia jednak ułożę. I to za darmo, oczywiście. Przeczuwając tego rodzaju komplikacje, napisałam jednak jasno w mailu, że nie ma w ogóle o tym mowy. Obawiałam się też, że jeśli X kupi jakiegoś konia, mimo że mu odradzimy, to obciąży nas winą za nietrafiony zakup. Byliśmy już w takiej sytuacji, więc moje obawy nie były bezpodstawne. Znajomy kupił kiedyś 9-miesięcznego ogierka huculskiego, mimo że i my, i pracownicy stajni, i rodzina, odradzaliśmy mu to. Uparł się i kupił. Powiedzieliśmy, że absolutnie odmawiamy pracy z tym koniem (mieliśmy już i tak nadmiar obowiązków), skoro kupił, to niech teraz męczy się sam. Konik był już niestety znarowiony, więc wymagał dużo pracy. Znajomy oczywiście miał pretensje do wszystkich, że go nie powstrzymali przed zakupem (związać go mieliśmy, ubezwłasnowolnić czy jak?) i że nie pracują z tym koniem. Ogierka w końcu, ku uldze wszystkich, wystawił na sprzedaż.

Lont się skraca

Poważnie wkurzyłam się, kiedy X próbował namówić mnie, żebym to JA dzwoniła do sprzedających, w jego imieniu wypytywała o wszystko i umawiała się na oględziny. No jasne, może jeszcze frytki do tego? Znów zapadła cisza na czas dłuższy. Idiotycznie z mojej strony, ale miałam nawet wyrzuty sumienia, że zareagowałam za ostro, ale X w końcu, jakby nigdy nic, odezwał się ponownie. Wysłał w nocy maila z linkami i rano dzwonił już, czy oglądałam, bo jemu się spieszy, żeby obejrzeć. No pewnie, rzucę wszystko i polecę do komputera natentychmiast, oglądać znowu jakieś – niestety - szkapy, bo konie, które wyszukiwał X, były przede wszystkim tanie, a co za tym idzie, albo niebezpieczne, albo ciężko schorowane, słowem, nienadające się do użytkowania (a już na pewno nieodpowiednie dla osoby bez doświadczenia). W wolnej chwili przejrzałam podesłane linki; moim zdaniem, żaden z koni nie był odpowiedni, ale X napalił się na ładną klacz angloarabską (której kontuzja lewej tylnej nogi rzucała się w oczy nawet na zdjęciu). Koniecznie chciał ją obejrzeć. Zgodziliśmy się na wyjazd, bo, po pierwsze, było blisko, a po drugie, sama polecałam X-owi, żeby oglądał jak najwięcej koni, by nabrać doświadczenia. Od początku uważałam, że to nie jest koń dla niego, nawet, gdyby był zdrowy – ważył maksymalnie 500 kg (a X przeszło 130…), był bardzo temperamentny (wsiadłam na chwilę, więc wiem), a X naprawdę nie potrafi jeździć – równowagę w siodle utrzymuje nie za pomocą stabilnego dosiadu, a wiszenia na wodzach, więc wypadek byłby kwestią czasu. Ponadto koń zdaniem X był za drogi (naszym zdaniem – nie, bo miał naprawdę dobry papier, więc nawet gdyby miał być tylko do hodowli, to i tak był wart ceny), ale wyraził nadzieję, że uda mu się zbić cenę o co najmniej 25%. Powodzenia – pomyślałam, ale nic nie powiedziałam. Gdy przyszło do negocjacji ceny, właściciel obstawał przy swoim (słusznie), więc do transakcji nie doszło.
Później oglądaliśmy razem jeszcze dwa konie – ślepnącą klacz (właściciel słowem się o tym nie zająknął w ogłoszeniu ani podczas rozmowy telefonicznej; wyszło przy oględzinach), absolutnie niewartą ceny, i inną (wstępnie ujeżdżoną – powiedziałabym nawet, że bardzo wstępnie), na którą X nie zdołał się wgramolić, więc nawet nie odbył jazdy próbnej.
Jak powiada znajomy trener - w szachach też są konie

Znajdę problem na każde rozwiązanie

Jakiś czas mieliśmy spokój, chociaż X od czasu do czasu nudził nas, żebyśmy wypytywali znajomych handlarzy. Na ogół puszczaliśmy to mimo uszu, bo nikt z naszych znajomych nie ma koni w odpowiadających X cenach, co już zresztą niejednokrotnie mu tłumaczyliśmy. To są ludzie poważnie traktujący hodowlę i szkolenie; mają konie z pochodzeniem i naprawdę dobrze ułożone, a to, jak wiadomo, musi kosztować. Ale kiedy przypadkiem u jednego ze znajomych handlarzy znalazłam śliczną klacz, 155 cm w kłębie, ciemnogniadą, po dwóch źrebakach, 10- czy 11-letnią, ujeżdżoną w trzech chodach, zdrową, ze świeżo wykonanym badaniem TÜV i dobrym pochodzeniem, podesłałam mu link. Cena nieco (ale naprawdę niewiele) wykraczała poza zakres wyznaczony przez X (który w ciągu ostatnich dwóch lat nareszcie się zwiększył). Od handlarza wiemy, że X nawet do niego nie zadzwonił. Do znalezionej przeze mnie hodowczyni ślązaków i ich krzyżówek, mającej stajnię o jakieś 40 czy 50 km od nas, również nie zadzwonił – twierdził, że kobieta nie odbiera telefonu, mimo, że próbował się skontaktować wiele razy. No cóż. Ja się dodzwoniłam za pierwszym razem. Pogadałyśmy sobie chwilę. Miła kobieta, kompetentna i, zdaje się, uczciwa. X-owi nie pasowała. Nie, to nie.
Znalazłam jeszcze o 10 km od X gniadą, pogrubianą 9-letnią klacz, która dała już źrebaki, w naprawdę atrakcyjnej cenie. Cisza, zero odpowiedzi, jak zwykle. Kiedy spotkaliśmy się z X jakiś czas później, zapytałam o ową klacz. X powiedział, że owszem, ale to przecież koń tylko zaprzęgowy. Uznałam, że X zadzwonił do sprzedającego i od niego miał tę informację. No nic, mój błąd, że tego nie sprawdziłam. Ogłoszenie wkrótce zniknęło. Wyobraźcie sobie, Czytelnicy, moje zaskoczenie, kiedy kilka miesięcy później X wysłał mi link do tegoż ponowionego ogłoszenia, zapytując, co sądzę o tym koniu (kompletnie nie pamiętał, że już o nim rozmawialiśmy...). Okazało się, że klacz oczywiście chodzi pod siodłem – pojawiły się zdjęcia z jeźdźcem, a moim zdaniem umiejętność pracy w zaprzęgu przemawiała dodatkowo na jej korzyść. Czyli znowu – X nie zadzwonił do sprzedającego, tylko założył, że skoro nie było zdjęć pod siodłem, to klacz nie jest wierzchowa. Odpisałam, że warto zobaczyć, zwłaszcza, że to niedaleko. X zachwycony, umawiamy się na oględziny. Uzgodniony termin zbliżał się, zbliżał i… nic. X nie odwołał wyjazdu, a ja za to, przygotowując się na to, że mnie ładnych parę godzin nie będzie, zdążyłam postawić stajnię i gospodarstwo na głowie, bo akurat miałam gościa, a mąż wyjechał. Spędziłam też sporo godzin, powtarzając sobie metody diagnozowania przeróżnych kontuzji i wad, poćwiczyłam też na swoich koniach. Ogólnie rzecz biorąc – zmarnowałam mnóstwo czasu, postawiłam rodzinę na baczność, i wszystko na marne. No wtedy to już mi para poszła uszami. Po tym wydarzeniu X konsekwentnie milczał przez parę miesięcy, ale ja nauczki nie zapomniałam.

Póty dzban wodę nosi...

Kiedy w końcu znów zadzwonił żaląc się, że jego piękna stajnia się marnuje (faktycznie porządnie zrobiona), że zbierane od trzech lat (że co?!) siano leży bezużytecznie, że on już chyba nigdy sobie konia nie kupi, starość się zbliża, a on tak by chciał wreszcie poczuć wiatr we włosach (autentycznie tak mówił...), dałam mu jeszcze jedną szansę – ale już ostrożnie, bez takiego osobistego zaangażowania. Podesłałam od niechcenia kilka ogłoszeń koni spełniających kryteria X, znów nie odpowiedział (cóż za zaskoczenie!), za to po jakimś czasie podesłał mi po raz trzeci (!!!) link do ogłoszenia owej gniadej, której oględziny nie doszły do skutku, pytając, co o niej sądzę. Miałam wrażenie, że mam déjà vu, występuję w ukrytej kamerze czy co, jakiś, psiakrew, sen wariata. O co tu chodzi?! Zareagowałam ostro i X znów zamilkł.
Kilka miesięcy później zadzwonił z propozycją nie do odrzucenia – chciał, żebyśmy kupili od niego to trzyletnie siano, bo on, biedny, chyba nigdy go nie zużytkuje (stajnia się marnuje, starość się zbliża, itd., itp.). Tylko że transport musimy załatwić sobie we własnym zakresie. CO proszę?! Na jakiego borowika mi ten kompost (bo do niczego innego takie siano się nie nada? To gołe łodygi traw i ziół, blaszki liściowe dawno się wykruszyły i opadły); mam za niego płacić, przywieźć sobie i może co jeszcze?!
Po tym spokój mieliśmy aż do grudnia. X wpadł do nas niedawno z krótką wizytą (ZNOWU kupuje konia. Chryste! Znaczy, cierpliwości10). Korzystając z okazji, zapytałam, co z gniadą. Niefrasobliwie odparł, że znajomy handlarz mu odradził oględziny, bo to beznadziejny koń (noo, tak beznadziejny, że handlarz następnego dnia sam go kupił…). I że w ogóle te konie, co mu proponuję, nie spełniają jego kryteriów. Aha, ciekawe. Miałam ochotę spytać, że skoro uważa, że wyszukuję mu beznadziejne konie, po co mi zawraca głowę? I to już trzeci rok? Masochista czy jak?
Ale wyglądało na to, że tym razem NARESZCIE drgnęło. Wspólnymi siłami wybraliśmy dwa konie w województwie śląskim, X miał zadzwonić i umówić oględziny. Zadzwonił i umówił. Mieliśmy pojechać w niedzielę (15.12.). Nie wierzyłam własnym uszom. Mimo to wątpliwości mnie nie opuszczały, i bingo! Miałam rację. X oczywiście milczał, więc napisaliśmy do niego, by się upewnić, że jednak pojedziemy. W niedzielę, z uwagi na sprzyjającą (jak na tę porę roku) pogodę, mam zazwyczaj poumawiane jazdy, a nie wiedziałam, czy mam je odwoływać. Szanuję czas innych ludzi i chcę im dać szansę na zmianę planów, bo skoro ma nas nie być prawie cały dzień, to rzecz jasna nie będzie miał kto poprowadzić jazd. X z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że nie pojedziemy oglądać, bo on jedzie sobie do Wrocławia… Czy zamierzał nas poinformować o zmianie planów? Nie, bo po co?
No nie. Ucho się właśnie urwało.
Jak by powiedział Rick Gore, I hate wasting my damn time on bullsh*t11.

1 Młodzieżowe słowo roku - „atencja”, chociaż, zdaniem językoznawców, w jakiś sposób nawiązuje do naszej staropolskiej „atencji” (uwagi, czujności), w potocznym użyciu, jako kalka z angielskiego, oznacza „potrzebę zwracania na siebie uwagi, przykuwania ludzkich spojrzeń, czasem nienasycone uczucie posiadania swoich 5 minut czy błyszczenia w świetle reflektorów” i właśnie w tym znaczeniu użyłam go tutaj.
2 „Jeśli chcesz pomocy od kogoś, a on chce pomóc, musisz mu to ułatwić”.
3 Rick użył określenia „flake”, które oznacza osobę niepoważną, taką, na której nie można polegać, która zmienia plany w ostatniej chwili, nieuczciwą i taką, która nie dotrzymuje słowa. Zaznaczył to wyraźnie, ponieważ, jak mówi, bardzo często spotyka się z ludźmi, którzy popadają w trudne sytuacje z końmi i czekają, aż problemy same się rozwiążą, zamiast szukać rozwiązania, aż w końcu problem staje się naprawdę bardzo poważny i wówczas wpadają w panikę.
4 Taka trójkątna komunikacja (triangulacja) jest charakterystyczna dla osób narcystycznych, które, jak wiadomo, uwielbiają robić szum wokół siebie i być na świeczniku.
5 W uczeniu się jeździectwa występuje coś, co pospolicie nazywa się „kryzysem piątej jazdy”. Znaczy to, że o ile początkujący robił najpierw duże postępy, to później następuje coś, co pozornie wygląda na zastój – na pierwszy rzut oka nic się nie zmienia, i taki stan może trwać przez kilka kolejnych jazd. Niektórzy w tym momencie, rozczarowani i sfrustrowani, przerywają naukę. Jeśli jednak się to przetrwa, to później znów następują gwałtowne zmiany.
6 Dzieliłam się wiedzą specjalistyczną kompletnie za darmo – teraz wiem, że to głupio z mojej strony, bo jak coś jest za darmo, to nikt tego nie szanuje. Ale wychodziłam z założenia, że jeśli jakiś koń na tym skorzysta, to jest to dla mnie największa zapłata.
7 Początkowo X koniecznie chciał mieć konia gorącokrwistego, pełnej lub czystej krwi. Całe miesiące zajęło nam przekonanie go, że to nie są konie dla niego (z racji jego wagi i niemal kompletnego braku umiejętności oraz obycia z końmi, zwłaszcza tak wrażliwymi).
8 Nam po dobrego konia nie było za daleko nawet pod węgierską granicę, ale kierujemy się w życiu mądrością W. Reymonta, że „taniość towaru leży w jego dobroci, a nie w niskiej cenie”.
9 Jakoś dwa lata później dowiedzieliśmy się pocztą pantoflową, że X tak naprawdę po cichu miał nadzieję, że uda mu się kupić coś za 3,5 tysiąca złotych. Zrozumiałam wówczas, dlaczego regularnie podsyłał mi do oceny ogłoszenia o sprzedaży nieujeżdżonych dwulatków, koni niebezpiecznych, poważnie kontuzjowanych (ślepnących, z zerwanymi ścięgnami, z olbrzymią lordozą, zaawansowanym rakiem trzeciej powieki itp.), koni z wadami głównymi (łykawość, dychawica świszcząca, niektóre schorzenia oczu).
10 Cytat z absolutnie fantastycznej książki K. O. Borchardta Znaczy Kapitan. Tym okrzykiem kpt. ż. w. M. Stankiewicz wzywa niebiosa na pomoc w próbie porozumienia z rozgarniętym jak sterta liści szóstym oficerem.
11 Nienawidzę tracenia czasu na bzdury – cytat z podlinkowanego wyżej filmiku.
© Stajnia Girawolta Blog
Nasale Nowy Gródek 3
46-220 Byczyna
tel.: +48 731 085 161
e-mail: stajnia.girawolta@gmail.com