Katarzyna Komar
04-08-2019

Koń to nie jest kajak!!!

Na blogu serwisu internetowego www.wsiodle.lodzkie.pl natrafiliśmy ostatnio na artykuł pt. Czy można wypożyczyć konika do lasu? autorstwa Izy Domagały ze Stajni Stara Dąbrowa. Tekst jest bardzo króciutki, ale inspirujący, bo i u nas zdarzały się już niejednokrotnie takie zapytania. Również, jak pani Iza, odpowiadałam zdecydowanie, że niestety, nie ma takiej możliwości – można się jedynie umówić na wyjazd w teren z instruktorem. Dlaczego? No cóż, odpowiem cytatem z forum re-volta (w wątku na temat udostępniania obcym osobom konia do wyjazdu w teren zapanowała rzadko spotykana na re-volcie jednomyślność): To jest krótka piłka: nikt, kto zna się na koniach nie będzie oczekiwał, że ktoś nieznany da mu konia w teren bez opieki. Jeśli wysuwa takie propozycje = koniarzem nie jest, to jak dać konia?
Tak siedzącego jeźdźca na pewno nie wypuścimy w teren
Zdumiewające, że ludzie naprawdę nie uświadamiają sobie różnicy między sprzętem sportowym, jakim jest rower, quad, narty czy sprzęt pływający, a żywym zwierzęciem, które może się zachować w sposób naprawdę bardzo różny – w zależności od ogromnej ilości czynników, a nawet okazać nieposłuszeństwo jeźdźcowi, kierując się antypatią w stosunku do niego (mamy taką specjalistkę w stadzie, potrafi się zdobyć na naprawdę ciekawe numery w stosunku do ludzi, których nie lubi). Zaskakujące też dla mnie jest oburzenie ludzi na propozycję podpisania umowy i złożenia kaucji za konia – a przecież w wypożyczalni takich na przykład samochodów obowiązek wniesienia opłaty zwrotnej w wysokości nawet kilku tysięcy złotych jakoś nikogo nie dziwi. No chwileczkę – koń tani nie jest, ewentualne koszty leczenia, czy nawet utylizacji zwłok, potrafią wynieść ładnych parę tysięcy złotych (celowo nie poruszam tu kwestii emocjonalnych czy nadszarpniętego, nieraz nieodwracalnie, zaufania zwierzęcia) – niby dlaczego ja, jako właściciel konia, mam ponosić koszty czyjejś niefrasobliwej zabawy? Pomijam fakt, że dla nas każdy koń ze stada jest przyjacielem, członkiem rodziny, więc jak niby mamy go oddać do użytkowania kompletnie nieznanej osobie, która nie wiadomo jak będzie się z nim obchodzić w opłaconym czasie (raczej można się spodziewać, że będzie starać się maksymalnie wykorzystać opłacony czas, a zatem jechać, ile fabryka dała – znam niestety temat z własnego doświadczenia; po raz pierwszy spotkałam się z tym zagadnieniem w książce Edel Marzinek-Späth Uczę się jeździć konno – krok po kroku do perfekcji; wówczas byłam przekonana, że w Polsce nie ma takich "wypożyczalni koni", może zdarzają się w Niemczech. Jakże się myliłam…). Späth pisze w swojej książce, że: istnieją stajnie, w których konie wypożycza się łatwiej od samochodów. Każdy może wsiąść na konia i wyjechać, nieważne czy ma pojęcie o sztuce jeździeckiej. To jest w najwyższym stopniu niebezpieczne! (Podkreślenie moje). Wielu amatorów jazdy potem kończy ją fatalnym upadkiem lub powoduje nieszczęśliwe wypadki, których dałoby się uniknąć, gdyby mieli pewne doświadczenie. Następstwa bywają bardzo dotkliwe.
Kantarem sznurkowym też można zadawać ból
Po ostatnim nagabywaniu mnie o udostępnienie konia w teren, przypomniałam sobie wszystkie sytuacje ze stajni, w której pracowałam przed laty, a w której takie wypożyczenie konia osobie z ulicy, i to bez sprawdzenia jej umiejętności jeździeckich było jak najbardziej możliwe. Właściciel stajni bowiem postawił sobie za punkt honoru zadowolenie wszystkich swoich klientów, a nie zadowolenie koni, czy bodaj nawet ich zdrowie. Ogromnie często takie wycieczki kończyły się kontuzjami koni (podbicia, skaleczenia – to zdarzało się za każdym razem). Do moich zadań w tej stajni należało m. in. przygotowywanie koni dla klientów i odbieranie ich po jeździe (było wówczas co robić, oj, było...). Nigdy nie zapomnę widoku młodego, bo niespełna 6 - letniego wałacha pełnej krwi, który wrócił z 2 - godzinnego terenu, słaniając się na nogach, mokry i spieniony – pot lał się z niego strumieniami, tak, że na ziemi tworzyły się pod nim kałuże. Zdążyłam go rozsiodłać, zanim upadł – po prostu runął mi pod nogi. Klient, zadowolony z udanej jazdy, jakby niczego nie zauważył - rzucił mi pieniądze i odjechał, a ja w towarzystwie zapłakanych dziewczynek stajennych próbowałam konia postawić na nogi – udało się, wstał i jakoś go oprowadzałyśmy i rozcierałyśmy derkami i ręcznikami do czasu przyjazdu lekarza weterynarii. Koń co chwila upadał, skrajnie zmęczony. Udało nam się go nieco wysuszyć, rozetrzeć i odprowadzić do stajni, gdzie położył się w kącie stanowiska – zdawało się, że już na zawsze... Mimo szybkiej pomocy weterynaryjnej skończyło się mięśniochwatem (miopatia) z wyczerpania (brunatny mocz, twarde jak deska mięśnie zadu i grzbietu, niepotrzebny ból i stres). Wyszedł z tego, ale co było strachu o niego, to nasze.

Jakie wnioski wyciągnął z tego zdarzenia właściciel stajni? Ano żadnych, pewnie dlatego, że sam palcem przy tym koniu nie kiwnął, jak zresztą przy żadnym z licznych kolejnych kontuzjowanych; w ciągu najbliższych miesięcy jego konie zaliczyły jeszcze zapoprężenie (koń odprowadzony przez klienta do boksu w pełnym sprzęcie i zostawiony tak na kilka godzin – nikogo w stajni nie było), spleczenie – 6 tygodni rehabilitacji; lekki - co dziwne - ochwat (galopy po asfalcie natychmiast po wyjściu ze stajni). Ile razy konie wracały do stajni samopas, pokonując ruchliwą drogę wojewódzką, nawet nie liczę (bo fantastycznie – według własnej opinii - jeżdżący klient, co to nigdy nie spadał, zleciał na pierwszym zakręcie...). Do tego oczywiście dochodziły też uszkodzenia sprzętu – porwane wodze, urwane czy zgubione puśliska, zerwane przystuły, podarte siodła (przez "podarte" rozumiem rozprute tak, że wystawała terlica, a nie zarysowaną skórę - i to siodła marki Stubben czy Kieffer). Pewnie, nie moje, to co będę dbać. Niejaką satysfakcję nam, szeregowym pracownicom stajni dała sytuacja, kiedy wymusiłyśmy na właścicielu raz (tak, raz, więcej się nie udało) sprawdzenie umiejętności klientów na ujeżdżalni przed wyjściem w teren. Piętnaście minut – o tyle prosiłyśmy. Błagałyśmy, bo chciał oddać im m. in. wałaszka xxoo, wypieszczonego przez dwie z nas, chodzącego pod siodłem od raptem trzech miesięcy. Okazało się w rezultacie, że państwo, jeżdżący rzekomo od lat (chyba za stodołą szwagra na totalnie znieczulonej zimnokrwistej 30-letniej kobyle, której jest już naprawdę wszystko jedno)1, próbowali ruszać końmi, strzelając je wodzami po pyskach (no bo widzieli na filmach, że tak się robi - sami tak nam powiedzieli), anglezować w ogóle nie umieli, kopali konie po bokach – walili obcasami, odstawiając pięty tak daleko, jak pozwalały im strzemiona, bo konie nie chciały iść, nieprzyzwyczajone do takiego traktowania, a za to były nauczone przez nas ruszania na „muśnięcie nogawką”. Właściciel stajni, ciężko zszokowany widowiskiem, chyba po raz pierwszy zobaczył na własne oczy to, co my widywałyśmy na co dzień i próbowałyśmy mu opowiedzieć, a co zbywał, mówiąc, że na pewno przesadzamy i że przecież nie jest wcale tak źle. Wówczas w stajni nastąpiła wielka reforma, ale to jest temat na inną opowieść...
Koń po upadku na betonie
Dlatego, kiedy zagadnęła mnie sympatycznie wyglądająca pani, że chciałaby u nas jeździć, ale sama w teren, nie na placu, ewentualnie sama z 10-letnim synem, powiedziałam, że nie ma takiej opcji. A już całkiem ręce mi opadły, kiedy na pytanie, czy syn umie jeździć, usłyszałam, że nie (nigdy nawet nie siedział na koniu!), ale przecież wystarczy, że ona potrafi…

1 Chociaż znałam osobiście bardzo żwawą zimnokrwistą 30-latkę; bardzo lubiłam na niej jeździć, jak była jeszcze nieco młodsza. Swój pierwszy cwał zaliczyłam właśnie na niej (była wówczas "pełnoletnia" od ładnych paru lat). Klacz dożyła 35 czy 36 lat w dobrym zdrowiu.

Bibliografia
  1. Marzinek-Späth E., Uczę się jeździć konno. Krok po kroku do perfekcji, Warszawa 1993
  2. http://re-volta.pl/forum/index.php?topic=50647.0
© Stajnia Girawolta Blog
Nasale Nowy Gródek 3
46-220 Byczyna
tel.: +48 731 085 161
e-mail: stajnia.girawolta@gmail.com