Katarzyna Komar
26-01-2019

Dlaczego warto puszczać na wybieg konie bez kantarów – cz. I

Pewne deszczowe niedzielne popołudnie w pełni lata. Po ukończeniu zwykłych obrządków wracamy do domu odpocząć trochę, nadrobić lekturę, popracować przy komputerze. Latem tylko w deszczowe dni mamy taką możliwość. Przez uchylone okno od ulicy słyszymy czyjeś głosy. Drogą idą starsi państwo z wnuczkami. Raptem gdzieś znikają. Za zakrętem ich nie widać. Niedobre przeczucie poderwało nas na nogi. Wyszliśmy na podwórze – nikogo ani śladu, ale od strony padoków słychać podniesione głosy. Biegniemy w tamtą stronę. I co się okazało?
Starsi państwo, zamiast podejść do drzwi, zapukać i zapytać, czy jest możliwość pojeździć konno, przemknęli cichcem na tyły domu, potem między taśmami ogrodzenia elektrycznego na padok dla koni. Przyłapani przez nas, zagonieni przez konie w róg ogrodzenia (jedna z dziewczynek płakała ze strachu), powiedzieli, że oni chcieli dzieci powozić na konikach, ale się nie dało, bo konie nie mają żadnych uzd ani nic. Pan wskazał na naszą młodszą klacz, baaardzo elektryczną, która dopiero zaczynała pracę pod siodłem, mówiąc, że chciał na nią wsadzić wnuczkę (niespełna czteroletnią dziewczynkę), ale dziecko się boi. Nogi mi się ugięły i po raz nie wiem który gratulowałam sobie, że puszczam na pastwisko konie "gołe" i wesołe. Nawet nie chcę myśleć, co by było, gdyby pan, rzekomo obeznany z końmi od dziecka (tak przynajmniej twierdził), zrealizował swój zamiar. Dziecko, instynktownie wyczuwając chyba grozę sytuacji, oparło się pomysłom dziadka. Całe szczęście, bo mogło dojść do wypadku, zanim zdążylibyśmy się zorientować, że ktoś wtargnął nam na posesję. Bram jeszcze wówczas nie mieliśmy, dopiero położone były szyny pod przesuwne skrzydła. Ale ogrodzenia już były i wjazdy zabezpieczyliśmy (z racji świeżo zrobionych wylewek pod szyny) taśmami drogowymi. Jak widać, niektórych nic nie powstrzyma. Z pomysłu powożenia dzieci na cudzych, nieznanych koniach, bez zgody i wiedzy właścicieli starsi państwo zrezygnowali tylko dlatego, że konie nie miały kantarów…
Nawet mur nie powstrzymuje "zabłąkanych"

Daj palec, a odgryzą rękę

Powiem jeszcze tylko, że przeraża mnie mnogość podobnych sytuacji, bo to nie był jedyny taki przypadek. Tym bardziej jest to zadziwiające, że nigdy nikomu nie broniłam podejść do koni, pogłaskać (wybrane, bo oczywiście nie wszystkie), czy nawet szybko osiodłałam któregoś rumaka i przewiozłam chętnych – o ile grzecznie mnie zapytano i o ile wszystko odbywało się w mojej obecności. W okolicy wszyscy świetnie o tym wiedzą. Nie rozumiem zatem, skąd się biorą ci zaskoczeni spacerowicze, którzy oburzają się na mnie (bo byli i tacy), za to, że nie pozwalam na samodzielne eskapady na nasze padoki. Najbardziej zirytowali się państwo z wilczurem – no bo jak to ich piesek nie może pobiegać za naszymi końmi, nic im się przecież od tego nie stanie. No cóż – im może nie (chociaż różnie bywa), ale psu strzał z obu tylnych kopyt1 może zaszkodzić nawet na śmierć. Zresztą co to w ogóle za pomysł, wypuszczanie psa na pastwiskach, gdzie pasą się zwierzęta. Nie ma już innych miejsc w okolicy?
Tłumaczenia ludzi przyłapanych wśród koni na padoku lub przy padoku (albo w budynkach, bo trafili się i tacy eksploratorzy) były mniej więcej takie:

  • bo dziecko chciało pogłaskać koniki,
  • bo dziecko chciało pojeździć (na "gołym" koniu, w towarzystwie rozbrykanych dwóch innych – gratuluję wyobraźni),
  • bo chcieliśmy zrobić zdjęcia, ale tak, żeby was przy tym nie było (to już nawet trudno skomentować),
  • bo ja to się na koniach znam (w tłumaczeniu: pradziadek szwagra kuzynki mojej pierwszej żony miał kiedyś konia) i z tymi waszymi końmi to trzeba inaczej, ja wam pokażę, jak,
  • bo koników nie było widać z drogi i poszliśmy ich szukać (to akurat państwo z kilkuletnim dzieckiem, których przyłapałam na buszowaniu w stodole - zamkniętej, dodam – konie akurat były na pastwisku za działką sąsiada i faktycznie nie widać ich wtedy znikąd),
Wymowne ostrzeżenia też nie wystarczają
i moje ulubione:
  • myśleliśmy, że was nie ma w domu, to przyszliśmy do koników (no to jest dopiero fantastyczny powód paradowania po cudzym, ogrodzonym obejściu).
Naprawdę, włos się jeży. Nawet jeszcze teraz ciśnienie mi skacze, kiedy sobie to przypomnę - a mamy już od jakiegoś czasu ogrodzony siatką cały obiekt, są bramy, a nawet pies stróżujący.
Klacz w rui tak reaguje na niechciany dotyk

Idiokracja w rozkwicie

„Zabłąkani” spacerowicze to, rzecz jasna, nie jest jedyna przyczyna, dla której konie puszczamy na wybiegi "gołe", ale po lekturze forów jeździeckich (zwłaszcza anglojęzycznych) zauważyłam, że ten problem jest ogromny. W Polsce właściciel terenu może odpowiadać (do pewnego stopnia) za wypadek, który ma miejsce na jego posesji, a wyniku którego zostały poszkodowane osoby trzecie, chociaż jeśli chodzi o wypadki z udziałem zwierząt sprawa wygląda nieco inaczej (o tym napiszę może kiedy indziej). Przerażające jest jednak to, że już gdzie indziej na świecie pojawiają się kuriozalne rozwiązania prawne – np. w USA niektóre stany wprowadziły tzw. attractive nuisance doctrine – doktrynę prawną, stanowiącą, że właściciel posesji, na której znajdują się urządzenia (basen, trampolina) lub zwierzęta (konie!) będące atrakcją dla dzieci, ponosi odpowiedzialność za wszelkie szkody, które dzieci poniosły w wyniku korzystania z urządzeń/kontaktu ze zwierzętami, nawet, jeśli dzieci dostały się na posesję bez jego wiedzy i zgody, a nawet wbrew wyraźnemu zakazowi. O tym, jak poważna jest to kwestia w świecie amerykańskich koniarzy, świadczy ilość artykułów na stronach prawników, końskich blogerów, czasopism jeździeckich itp. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że te rewelacyjne rozwiązania nie dotrą do nas prędko – a jeszcze lepiej w ogóle.

1Krawędź końskiego kopyta w końcowej fazie kopnięcia uderza z siłą 8-12 ton/cm² (!). Nie ma szans tego wytrzymać.
© Stajnia Girawolta Blog
Nasale Nowy Gródek 3
46-220 Byczyna
tel.: +48 731 085 161
e-mail: stajnia.girawolta@gmail.com